Głos Chama

DSC02020

Głos Chama.

 Zacznijmy od procentów, nie, nie od tych fajnych. Zastanówmy się jakie są proporcje ludzi wykształconych, nie może inaczej, ludzi światłych do ludzi raczej prymitywnych? Nie ma co się oszukiwać istniejemy równolegle, niestety nie w słusznych proporcjach. Taka różnica w demokratycznym społeczeństwie mówi wiele. Reakcję,  zdanie i zagrożenie, które niosła ta mniej świadoma lub świadoma inaczej część, mogliśmy zobaczyć przy wyborach prezydenckich z udziałem Stana Tymińskiego. Gdy obserwowałam co się dzieje, bolały mnie zęby i oblewał zimny pot z autentycznego strachu, bałam się o te właśnie niebezpieczne proporcje.

Teraz znów mamy dziwną sytuację, nagromadzenie durnych błędów i brak rzetelnej informacji i jakiegoś tłumaczenia z jednej strony i bezwzględne wykorzystanie tego przez drugą, wyłącznie do własnych celów za wszelką cenę, bez zwracania uwagi na POLSKĘ.

Prymitywnie sprytni politycy puszczają kokieteryjnie oko do takiegoż (z tym ,że mało sprytnego) elektoratu, dając pstryczka elitom. Zaczyna się wówczas liczyć ilość, a nie jakość. A to już nie jest dobrze, bo z większością o takiej proweniencji trudno walczyć, przekonywać, bo widzą tylko do swojego progu, za nim może być syf. Tak nas nauczono przez te niechlubne lata komuny. W czasach promocji i gratisów, człowiek weźmie wszystko, co mu dają i będzie chciał więcej, aż do całkowitego zamulenia umysłu. Ręką rozdająca te gratisowe cacka słowne, jest hojna, rzuca na prawo i lewo hasła: zdrajca, wolność , patriotyzm, zamiatając nimi jak starą szmatą tysiące „owieczek” zagubionych w tym „zniewolonym” świecie. Łączą ich w grupy i przekonują , ze wszystko oprócz nich jest czarne i złe. Nie chcę, żeby moim krajem mogli rządzić tacy ludzie, chcę ludzi wykształconych, nastawionych na cel, a nie na władzę samą w sobie. Ludzi mądrzejszych ode mnie, bez kompleksów, myślących szeroko i bez kłaka zawziętości i nienawiści do ludzi myślących inaczej. Chcę, żeby gorsze uczyło się od lepszego, bo taka powinna być reguła. Bo to nie jest wstyd. Niech mniejszość ta mądrzejsza  rządzi większością , która nie potrafi zobaczyć wszystkiego, ale może podpowiadać w dobrej wierze, a nie ujadać podpowiedzianymi sloganami. Utopia prawda? Mamy teraz sytuację bez wyjścia  rządzący to trochę gapy, więc słuchamy w nadziei tych, którym jednak nie należy dawać ucha. Wiem jedno, głupota, zawziętość i nienawiść nie może sięgnąć władzy.

 Takie mam ostatnio nastroje po wsłuchaniu się politykę. Wiem jak zwykle czego nie chcę. Przez dłuższy czas nie tknę takich tematów. Zrobię sezon ogórkowy polityce w mojej głowie.  jd

Odkłaczanie?

20120407_121753

Odkłaczanie? 

Jacy jesteśmy z zewnątrz każdy widzi, w środku natomiast tkwi tajemnica, czasami chyba dla nas samych. Wielu myśli: jesteśmy jacy jesteśmy więc po co się zastanawiać ? Tak jest łatwiej, należy tylko pracować, kupować, oglądać telewizję, wychowanie dzieci  to już sprawa dodatkowa, pełny luz. Wiem ,wiem są domy o zupełnie innych proporcjach i z tych dzieci coś sensownego wyrośnie. Gorzej jest z dorosłymi z jakimś dziwnym, zapieczonym przez jedynie słuszną sprawę, wielkim glutem w środku, który blokuje energię potrzebną do myślenia, oceniania rzeczy na poziomie zdrowego rozsądku, choćby szczątkowego. Oczywiście własne zdanie może mieć każdy i nie musi być ono zgodne z naszym. Jest natomiast coś takiego jak stąpanie po ziemi, wyciąganie wniosków  i ocena sytuacji, uczenie się na błędach. Chyba ,że trafimy na tych jednych nieomylnych, wszystkowiedzących i pobłogosławionych przez jedynie słuszną  „ lekko” wypaczoną przez nich religię, bo z tą szczerą, nienawołującą do nienawiści i obrażania innych nie ma to nic wspólnego. Dodam, że szanuję wszystkich znających swoją wiarę i przynajmniej starających się przestrzegania jej reguł.

 A u nas w 21 wieku religia jest wykorzystywana jako przysłowiowe już „ opium dla mas”, mas prostych ludzi zmanipulowanych przez…. No właśnie przez kogo, zastanówmy się czego chcą ci manipulatorzy? Tacy ludzie są jak zakłaczeni, cała złość i nienawiść do świata, a co najgorsze  do bliźniego swego, którego miłość głosi ich religia, zbija się w duszy w duszący i dyszący niechrześcijańską postawą kłak. Nie pozwala on myśleć, dyskutować bez obraźliwych, złych słów, skłania tylko do przemów przed ludem dobrze wybranym, bo podatnym na manipulację, a tak naprawdę nie mającym się gdzie podziać poza tym lepem na naiwnych. A zakłaczenie jest u ludzi zaraźliwe. U kota to proste, dostaje od dobrego opiekuna olej i po wszystkim. Tu natomiast ani opiekun nie jest dobry, ani olejem się tego nie załatwi. Tłumaczenie nie poskutkuje, już słyszę te niewybredne oskarżenia, okrzyki, nawoływania do rzeczy wręcz złych, zaproszenie do dyskusji zabija ją u progu zawziętością i transparentami ze słowami mocnymi i pustymi. Olej rycynowy na łyżki tu nie pomoże, działa tylko na koty, a koty to dranie. A tu sami prawdziwi patrioci, nie zadziała próżny trud. jd

Paryż?

DSC01721

Paryż? 

Wstaję rano, a za oknem Paryż. Wyglądam odsłaniając wypukłą wiatrem firankę, wprost na kameralną uliczkę i prawie widzę siebie zbiegającą do kawiarni na croissant’a  i pyszną kawę. Po drodze kupuję tylko coś do czytania. Na okładce piękna kobieta z równie pięknymi  niepierwszymi zmarszczkami. Uśmiecham się i pod skórą czuję, że niemożliwe żeby to było możliwe, ale brnę dalej. Przekładam kartki i widzę relację z pokazu mody, ubrania wspaniale pokazane. Szukam jak zwykle celebrytów, z ich za dużymi butami i pożyczonymi torebkami, a tu tylko szczątkowe ich ilości. Projektant i  jego dzieło w roli głównej, dziwne. Dziwię się coraz bardziej czytając dobre artykuły, ciekawe i nie o niczym. Nigdzie nie istnieje photoshop, cuda jakieś. To świat prawdziwy, bez zadęcia, ale jakiś odległy, nierealny, obcy. Tylko dlaczego czytam wszystko po polsku i dlaczego czuję szorstki język na policzku i znajome dyszenie ?

Takie słodkie podwójne psie budzenie. Uśmiechnięte pyski i machające ogony gotowe do spaceru, Warszawa rano. Wychodzimy, po drodze kupuję tylko cos do czytania. Wszystko jest na swoim miejscu, z okładki patrzy w dal idealna dziewczyna bez jednej, nawet pierwszej zmarszczki, cała bez wad. Nic dodać nic ująć. Jestem rozdarta, tęsknię do snu i mogłabym się obudzić w nim z rzeczywistości w Warszawie, Sandomierzu czy na Mazurach, byleby jeszcze raz zobaczyć normalność na twarzach okładek. Po chwili zastanowienia myślę, że wcale tego nie potrzebuję. Wiem jaka jest rzeczywistość, a reszta to przecież tylko zabawa, wszyscy o tym wiemy. Czy to pomarszczona, czy pięknie napięta skóra, nie ma znaczenia, pod każdą z nich jest prawdziwe życie. Bawmy się więc i napawajmy photoshopowym światem, który cieszy oczy i pokazuje wizyjne możliwości człowieka zespolonego ze sprzętem 21 wieku.

 A tytuł „Paryż?”? To właśnie taka gładka skóra, która kusi do kliknięcia w artykuł. Oszukuję? Nie, przecież piszę o czymś. jd

Kwestia czasu

20120428_154426

Kwestia czasu.

 Najbardziej w świecie kochamy siebie albo chcielibyśmy kochać, pomimo wad i kompleksów(oczywiście lubić siebie należy, bo przez taki pryzmat patrzymy potem na innych). I kochamy siebie właśnie w tym bieżącym stanie czasu. Młody myśli, że jest najlepszy, piękni trzydziestoletni też, czterdziestolatek docenia własną „pełnię”, a pięćdziesięciolatek plus wiedzę, doświadczenie i niezależność (na przykład od dorosłych wychowanych już dzieci) oraz „niezdziadziałość”.

 A czas jest wielkim żartownisiem, bo sprawia, że musimy przejść przez te wszystkie liczby lat i zawsze doceniać kolejne etapy, mając możliwość pełni szczęścia w każdym „numerku” życia. Jednak patrząc wokół, czytając artykuły typu „ w tym wieku nie dostaniesz już pracy”(a jest to o zgrozo 41 lat), widzę jaki los gotujemy sobie samemu za 5,10.15,20…lat. Śmieszni jesteśmy prawda? Stawiamy chętnie teraz zapory innym, nie myśląc o sobie potem. Ci, którzy teraz są potem, kiedyś byli teraz, proste prawda?  I wielce ironiczne, złośliwe, a często tragiczne. I tu gdzie teraz siedzimy wygodnie, za jakiś czas(nieubłagany) będziemy stać na baczność przed kimś takim jak my byliśmy kiedyś i skomleć usłużne np. o pracę. Jaka zmiana. A przecież będziemy sobą lepszym o doświadczenie, tak samo spontaniczni i o podobnym głodzie życia, może tylko zwróconym na inne jego elementy. Teraz człowiek nie dziadzieje. Społeczeństwo starzeje się i według prognoz „długoterminowych” to 40 i 50 +, będą wkrótce panować i być grupami docelowymi koncernów itp. Itd.

 Jeżeli mamy wyobraźnię to spróbujmy stanąć przed sobą  za 10 lat i za kolejne 10 i przy każdym /ej z nas pomyślmy chwilę. Jacy jesteśmy wobec innych, tacy inni będą wobec nas, to tylko kwestia czasu, a on goni jak szalony(dlatego go nie widać). Nie jest ani cierpliwy ani dobry ani niedobry, wszystko zależy od NAS.

 Roman Opałka, artysta który związał życie ze sztuką albo raczej sztukę z życiem przez lata każdego dnia zapisywał kolejne cyfry na płótnie na coraz jaśniejszym tle, wypowiadał je i fotografował swoją twarz. Sztuka jedyna w swoim rodzaju, może szalona, konsekwentna. Patrząc na Jego zdjęcia i zamykającą wszystko liczbę 5603153 (takie jest życie-musi być kiedyś skończone) mamy przed sobą człowieka zadowolonego z siebie i tak samo ważnego w każdej chwili bytowania. Nasze „zdjęcia” też niech będą ważne w każdym okresie życia, to zależy tylko od nas ,traktujmy zawsze innych tak jak chcemy być dopieszczani w przyszłości. jd

Historia obrazowa

DSC01826

Historia obrazowa.  

Głowa dziewczynki Tadeusza Kulisiewicza, to pierwszy rysunek, który był ze mną od dzieciństwa. Zerkałyśmy na siebie kilka razy dziennie i było nam razem bardzo dobrze i bezpiecznie. To jak porozumienie między koleżankami. Zauważalny brak rysunku i puste miejsce na ścianie podczas remontu, bolało.

Następna miłość zdarzyła się w czasie praktyk rysunkowych w Białowieży. Niesamowita jesień, tam ją zawsze widać najlepiej (bo ta pora roku została stworzona dla drzew) i mały sklepik w tej małej miejscowości, papierniczy jakiś, z biednymi reprodukcjami stojącymi z braku miejsca na podłodze. I zobaczyłam ją, Dziewczynkę z warkoczem Amadeo Modiglianiego, nie mogłam oderwać wzroku. Przez cały dzień, miałam obraz przed oczami, aby następnego biec w obawie, że ktoś go kupił przede mną. Ale kto by chciał tam powiesić sobie dziewczynkę z krzywymi zębami w miejsce jakiejś madonny. I tak wróciłam do domu z reprodukcją, ale to wcale nie koniec. To było za mało, tak mnie przycisnęła, że musiałam ją namalować sama, czyli zrobić kopię reprodukcji. Dopiero wtedy szaleństwo uspokoiło się i jest ze mną do dzisiaj( i obrazek i to drugie). Reprodukcja ze sklepu gdzieś po drodze została. 

Następna jazda zdarzyła się z monochromatycznie zielonym wnętrzem ogrodu, namalowanym przez moją przyjaciółkę malarkę od rozmów o czuciu i postrzeganiu. Ten ogród był zaczarowany a ja jak Alicja w krainie czarów. Nie mogłam go mieć, bo został na zawsze u samej autorki. Mam jego zdjęcie w komputerze i pewność, ze jest w miejscu dostępnym dla mnie w każdej chwili.

 Kiedy jechałam do Amsterdamu w planie byli oczywiście impresjoniści. Myślałam, że zapatrzę się może na buty Van  Gogha, albo zakręcony magicznie pejzaż z cyprysami. Ale nie, trafił mnie niewielki obraz Claude Moneta, Pole maków. Stałam, patrzyłam i płakałam. I nie było mi wstyd ludzi, nie pamiętam nawet co czułam, a potem nagle przeszło, mogłam oglądać dalej. Nic podobnego nie powtórzyło się nigdy więcej i nie potrafię i chyba nie chcę tego tłumaczyć. To jeszcze nie koniec tego dnia, przede mną był jeszcze obraz, który jak to się mówi należy będąc w Holandii zaliczyć,  Straż nocna Rembrandt Van Rijn. Nie podejrzewałam, że będę pod takim wrażeniem !!! Ogromne dzieło ma wielką energię, gradacja światła i cienia, intensywność postaci i ruch, skracają dystans czasowy miedzy tu i teraz, a datą marszu nocnej straży. Nie, nie płakałam, ale wrażenie było niezapomniane, czułam ciarki w nogach.

 Potem uległam magii nie jednego obrazu, który jest od lat ze mną, ale całej twórczość Leona Tarasewicza. Jego przedstawienia mówią do mnie, zaorane pole, ścięte pnie drzew, rzędy brzóz z alei, którymi chadzałam. Wszystko tam jest idealne… dla mnie. I nie tylko oczywiście, Leon to już obywatel świata.

Idźmy dalej. Zobaczyłam ten obraz kiedy Dorota Wróblewska urządzała nowy dom, a ja w tym przez chwilę uczestniczyłam. Niewielka, oprawiona gustownie w złote ramy martwa natura pochłonęła mnie całkowicie, krążyłam wokół niej chyba jak sęp i po pierwsze dowiedziałam się, że namalowała go …sama Dorota i po drugie, że …daruje mi go tego samego wieczoru. Ależ ja byłam szczęśliwa!!!  Stoi tu obok, bo u mnie obrazy nie wiszą, byłoby zbyt stabilnie i czasami zabieram któryś do innego pokoju, bo mam taką potrzebę. Tak wiem, nie brzmi to zbyt rozsądnie.

 Ostatni akcent tej obrazowej historyjki to moja okrutna chęć powrotu do malowania. Wiedziałam co to ma być, ale efekt ciągle nie był zadawalający, męczyłam się więc i nic więcej, aż postanowiłam obraz zetrzeć i nagle po jednym ruchu szmatą, pojawiło się to coś. Wiedziałam już i widziałam. Stoi teraz przede mną i coś do mnie mówi, no dobrze, nie tylko do mnie. Taka to prosta historia obrazowa w dużym skrócie. Przeczytałam właśnie to, co napisałam. Tak wiem, jestem trochę porąbana. Taka karma myślę pisząc te słowa i rozkładam ręce ze śmiechem. jd

Kobieta piękna w męskiej koszuli

DSC01425

Kobieta piękna w męskiej koszuli.

Jest taki moment dnia,  uczuć, życia, powtarzalny, kiedy kobieta przechodzi przez pokój w męskiej koszuli. To scena bardzo intymna, nawet gdy ma się już nigdy nie powtórzyć spotkanie tej koszuli z tą kobietą. Koszula musi być zawsze świeża, najlepiej leciutko błękitna i luźno osłaniająca  figurę. Sylwetka pod nią nie jest oceniana jako szczupła albo nie, zawsze wygląda pięknie i szlachetnie. Przyciąga wzrok i rozbudza nadzieję na więcej, może na miłość, chociaż przez sekundy. To scena prosto z filmu, dobrze oświetlona światłem wewnętrznym kobiety, bo to chwila głównie dla niej. Widziałam mnóstwo takich kadrów i za każdym razem mnie wzruszały. Zastanawiam się czy ta iście męska, jakże codzienna część garderoby, nie została  stworzona także do takich momentów wyjątkowej intymności, w której każda kobieta wygląda i czuje się jak królowa. Stąpając otulona mięciutką tkaniną jakby dopiero uprasowaną, z za długimi rękawami, ale niebywale pasowaną do sytuacji,  jest bardziej seksowna niż gdyby stąpała nago. Bose stopy wcale nie potrzebują szpilek Christiana Louboutin’a, włosy nie potrzebują grzebienia najlepszego fryzjera, a twarz makijażu. Stylista też jest zbędny. Te kilka kroków to wyłączna własność kobiety. Poszukajmy takich obrazów w wielkich czy małych produkcjach i zwróćmy uwagę jak krótko trwają. Kobieta w męskiej koszuli pachnie leciutko męską wodą, może zapachem Terra  Hermes’a i choć idzie zwykle w kierunku mężczyzny, jest w tym momencie najbardziej pewna siebie i najbardziej kobieca. Bosonoga, rozświetlona bierze w posiadanie całą tą scenę. Potem, po pierwszych słowach kobieta w męskiej koszuli znika. Szukajmy takich momentów może nie tylko w filmach, chłońmy je bo są jak mgnienie światła. I może zróbmy sobie zdjęcie w luksusowej męskiej koszuli, bez całej tej sztuczności i zobaczmy, że jesteśmy właśnie wtedy naturalne i prawdziwe, wśród nieposkładanych ubrań, rzuconych ręczników, czy kieliszka z kropelką wina z minionego wieczoru. Nie bądźmy tak bardzo sterylne, lekkie zabałaganienie daje wolność. jd

Od białych drewniaków po stary sweter fizyka

DSC02012

Od białych drewniaczków po stary sweter fizyka.

No cóż, nie mam achillesowej pięty i nie marznę w nie ( posiadam dwie) mimo chłodnej wiosny. Tak więc chodzę z gołymi, ale zakrytymi wąskimi dżinsami, piętami właśnie. Moja sprawa i czuję się znakomicie. Do tego czarny ciepły płaszczyk, przepasany na przekór czarnym futrzanym paskiem, niebieskie okulary i własna (podwójnie) torebka. Oto cała ja, bardzo skromnie (ale dobrze jakościowo) i wygodnie, jak to u mnie zwykle bywa. Sama jestem nieskromna więc równowaga jest zachowana. Wężykiem, wężykiem. Nie myślałam tylko, że moje skromne, nieskromnie nieosłonięte pięty będą tak świeciły na ulicach Warszawy i wzbudzały zainteresowanie. To zazwyczaj ja wolę obserwować. Postanowiłam więc zrobić sobie zdjęcie i zachować się na nim przyzwoicie i na wieczną pamiątkę. Piętę zostawiłam na wszelki wypadek z tyłu „mojej osoby” (jak to teraz niezwykle modnie i „elokwentnie” określa się nawet w dobrym towarzystwie). O Boże! To chyba pierwszy krok do zostania szafarką, czego sobie absolutnie nie polecam. Takie małe wiosenne rozbestwienie, zupełnie mi wystarczy. Polecam natomiast delikatną przekorę w ubiorze i szukanie własnych dróg do posiadania stylu. Usłyszeć „masz styl” to wielka pochwała, oznacza bowiem ciągłość myślenia i umiejętność wyboru i doboru rzeczy, które nosimy. To bezcenne i takie własne. A może to wszystko bez sensu i lepiej być przysłowiowym fizykiem w starym swetrze, ale wielkimi i niekonkretnie konkretnymi teoriami czy zainteresowaniami? I gwizdać na style i inne, małe lub większe formy samouwielbienia przed lustrem? I warto i nie warto, jak zawsze możemy wybierać. Dobrej zabawy życzę. jd

“Stop!Patrz szop pracz”

DSC00969

Stop patrz szop pracz…” 

Szop to niezwykle sympatyczne stworzenie, znane z tego, że myje to co zamierza zjeść i wygląda to jak małe pranie. Podobno takie zachowania szopów, zaobserwowano tylko w ogrodach zoologicznych, a czynią to aby rozładować stres życia w niewoli. Mimo wszystko u niego wygląda to śmiesznie. My ludzie, też stworzenia boskie, nauczyliśmy się prać również wirtualnie. I namiętnie lubimy robić to, czego nie tknęlibyśmy w realu (z obrzydzenia zapewne), pierzemy cudze brudy. I co to za przyjemność! Służy do tego Internet i niektóre lekko niestrawne pisemka. Przepis prania jest bardzo prosty, nawet bez załączonej ulotki. Takie wyciskanie i międlenie dla samego wytwarzania piany, która nawet pralce wyłaziłaby przez wszystkie możliwe otwory. Rzeczy(tematy, ludzie) do tego procederu, który niestety raczej brudzi niż czyści, zbiera się z ulicy. Jakieś zabójstwo-nie zabójstwo moczone i wykręcane wiele razy łapie w naszych pracowitych rękach coraz więcej plam i zaciemnień. Tragedia lotnicza szorowana na historyczno-politycznej tarze jest nie do zdarcia bez użycia środków wybielających. Stosowane jest też pranie mózgów w stopniu szkodliwym dla środowiska, oprócz grona pewnego radia i partii. Po takim zabiegu aby nie przeziębić i tak już biednego czubka (naszego człowieczeństwa) , nosi się ciepły, bardzo modny beret, bo inaczej gorąca głowa może się wychłodzić, co grozi powrotem na łono innej świadomości. Prane są również gwiazdy i gwiazdeczki, ale głownie te z wystającą i prowokacyjnie zapraszającą metką. To takie czyszczenie na zamówienie. Są też nuworysze- ochotnicy do kompiółki w stojącej wodzie. To już kąpiel błotna. Zanurzani w niej z głową, mają cechę do pozazdroszczenia, coś w rodzaju impregnatu, po którym wszystko spływa. Wychodzą bez zagięcia nawet, mimo wielkiej intensywności  nowoczesnych wirówek. Szczególnie skuteczne jest pranie internetowe, tam każdy próbuje doprać każdego, dorzucając koszmarne ilości detergentów słownych. Trzeba być z dobrego materiału aby wyjść cało z tej żrącej kąpieli. Wydaje mi się, że ludzka skóra jako struktura nieprzepuszczalna, uodparnia się i pojawia się zjawisko pancerza, który jest wręcz glansowany przez dalsze „konszowanie”. Prany staje się niespieralny i zabezpieczony, tak ze dalsze pranie nie ma sensu, bo sam piorący jest wyprany już z pierwotnej energii. A ja jak się naczytam takich artykułów i komentarzy, czuję się jak naprana i idę się wietrzyć. Ale bez sznura i spinaczy. jd

Na koniec całość tego co nie moje: Stanisław Barańczak, Zwierzęca Zajadłość-Z Zapisków Zniechęconego Zoologa. Szop Pracz.

 Stop! Patrz Szop Pracz. No już, nie bądźmy nachalni, pozwólmy mu pójść do Pralni.”

Moda na siebie

warsaw_fashion_street_danilo (12 of 194)

Moda na siebie.

Wielki, dosłownie i w przenośni, guru mody Andre Talley powiedział gotując  w programie Martha Stewart, że najprzyjemniejszymi rzeczami w życiu jest jedzenie i ubieranie. Przez grzeczność zmienił pewnie kolejność. Czuję przyjemność uczestniczenia w obu czynnościach.  Skupimy się tu jednak na ubieraniu, które powinno dawać  efekt dobrego samopoczucia i w moim przypadku wygody.  Zaręczam, że kompromis jest możliwy. No dobrze, czasami należy włożyć niewygodne, ale piękne buty do stania( i nie ma tu ideałów wygody). Moda to wspaniała i dobra zabawa oraz strawa dla zmysłów wzroku i dotyku. Ciało odpowiednio przystrojone zyskuje na wartości i w naszych oczach. Tylko to ciało z umysłem włącznie, ma swoje podstawowe prawo „ dobrego samopoczucia uzyskanego poprzez kompatybilność wieszaka i stroju”. Choć podobno to nie strój zdobi człowieka, rzeczywistość powszednia odbiera nas powierzchownie, bardzo powierzchownie. Sztuczności wizerunku nie daję długiego żywota. Powrót do różowości małych dziewczynek, po okresie stonowanym, następuje dość często, taka tęsknica okrutna, chyba. To tak jak z nawykami brzydko mówiąc, żywieniowymi, trudno je zmienić. Pracujesz nad sobą, a potem jak dopadniesz do ulubionego dajmy na to sernika, nie możesz się nasycić smakiem i szczęściem jedzenia. Dlatego bardzo cenię spójność wnętrza i zewnętrza człowieka, lubię odporność na sezonowość mody, zmienność wyglądu w obrębie własnego dobrego samopoczucia. Nazywam to skromnie posiadaniem stylu i nie mówię tu o wielkiej spokojności. Znam Panią, która ubrana w bardzo dobre eleganckie ciuchy wygląda jak siedem nieszczęść i tak się czuje. Odżywa natomiast gdy wraca do kolorów, łańcuszków i błyskotek, to widać, słychać i czuć. O co więc chodzi w tej modzie? Z całą pewnością nie o poprawność. Moda to zmienność, ale też stałość upodobań. Moda to możliwość korzystania z trendów, ale i rezygnowania z nich. Z modą można się dogadać, musimy tylko poznać i zaakceptować siebie w najwygodniejszej dla nas formie. Gonitwa za nowalijkami jest fajna, ale nie dla wszystkich. Musimy umieć dobrze się bawić, wtedy to przyjemność. Czasami do zabawy potrzebny jest dobry stylista, pamiętajmy dobry. Po czynach go poznamy i po tym, że zostawi dużo nas w nowych nas. jd

Odwyk

f_1_main6201[1]

Odwyk.

 Pewnej kobiecie przestało się chcieć gotować, więc mężczyzna, już od dłuższego czasu z nią przebywający w sposób satysfakcjonujący dotąd obie strony, zatrudnił kucharkę i żyli tak trochę we troje. Po niedługim czasie kobieta postanowiła nie sprzątać, więc znowu historia z zatrudnieniem powtórzyła się. W domu musiały pomieścić się już cztery osoby, bo pani była bardzo wymagająca i wszystko musiało być zrobione na tip top i na zawołanie. Tak ją nauczył ów mężczyzna. Kiedy znanej już nam kobiecie nie chciało się więcej towarzyszyć panu na wszelkiego rodzaju kolacyjkach, przyjęciach i tym podobnych imprezach, do kompletu dołączyła dama do towarzystwa, zatrudniona również na stałe. Nie wydawała się jednak dość zabawna, żeby dotrzymywać kroku mężczyźnie w czasie wakacyjnych wyjazdów, kiedy też pani przestało się chcieć wyjeżdżać z panem. Tak więc pięć osób dawało sobie doskonale radę, a jedna była najbardziej zadowolona, bo już wiedziała czego jeszcze nie chce się jej z panem robić. Dobiła więc piąta zastępczyni i kobieta stała się już niepotrzebna, do czego skrycie dążyła od samego początku. Po cichutku wyniosła się z pięknego domu, niezauważona, bo tak dobrze wybrała mistrzynie swojego fachu i nauczyła wszystkiego, że potrzeba jej istnienia w tym miejscu zniknęła. Mąż zauważył, że nie ma żony dopiero po roku, kiedy zaczęły kończyć się pieniądze na koncie bankowym, co skutkowało wykruszaniem się tak dotąd zwartego domowego personelu. Odeszły w odwrotnej kolejności, najpierw skończyły się cudowne wakacje, potem balangi i nawet skromne kolacyjki u znajomych, potem już nawet nie chciało się gotować i sprzątać. Mężczyzna postanowił zadzwonić do kobiety, poczuł się bardzo samotny, chciał przeprosić, chociaż sam do końca nie wiedział za co. Nie chciał być sam, a nie umiał dobierać sobie niczego, potrafił tylko pracować i wracać do domu. Niestety nie miał szczęścia, bo kobiecie przestało się chcieć rozmawiać.

Mamy czasami swoje zachcianki i nie ma na to rady. jd